Troche czasu uplynelo od ostatniego wpisu, wiec logicznym jest, ze cos sie przez ten okres zdarzyc musialo. No i zdarzylo sie. Spoko, spoko... nadal mieszkam i pracuje w BKK, ale w miedzyczasie zaliczylem sesje slubna, wlasne wesele (w koncu :D) no i najazd rodzinki. Po drodze chcialem jeszcze co nieco napisac, ale koniec koncow czasu braklo i wyglada to jak wyglada. A wiec czas zaczac od rzeczy najstarszej z najnowszych czyli sesji fotograficznej (slubnej).
Wiec po kolei czyli od konca: efekt finalny - zdjecia - mozecie podziwiac w czasie czytania tego postu.
Zaczelo sie od tego, ze zwyczaje weselne (slubne tez) sa zupelne inne w Tajlandii anizeli w Polsce (no chyba kurna logiczne, nie ;P). Celowo pomijam te cale ceregiele slubne, poniewaz jako zdeklarowany ateista zadowolilem sie wylacznie podpisaniem papierow z Duangusia w miejscowym urzedzie. I to mi wystarczy.
Ale trzeba bylo tez zrobic impreze dla rodziny, dla siebie w drugiej kolejnosci (czemu? - o tym w drugiej czesci).
Jednym ze zwyczajow imprezowych w Tajlandii jest to, ze weselnikow wita przed wejsciem na impreze zdjecie slubne mlodych ('mlodych' to sie tak ladnie tylko nazywa, bo czasami roznica wieku liczona jest w dziesiatkach lat :P). A wiec zeby tradycji stalo sie zadosc, musielismy udac sie z polowica do fotografa aby sesje slubna wykonac jeszcze przed samym slubem (nie wiem czy tak samo jest w PL).
Tutaj fotograf slubny wystepuje w dwoch rodzajach: ten imprezowy (pojawia sie juz na samej zabawie i chlaszcze te foty niemilosiernie) oraz ten od sesji. W tej chwili zajme sie tym drugim.
Otoz, sesje slubne to wysoko budzetowe przedsiewziecia. Mozna na to wywalic mnostwo kasy (czasami stawki za taka sesje zaczynaja sie od rownowartosci 4tys zlotych) albo mozna przeleciec sie po targach slubnych i zlapac naprawde fajny pakiet za male pieniedza.
My skorzystalismy z targow slubnych (tu w BKK odbywaja sie bardzo czesto, bo to niezly biznes i pogoda pozwala na wyprawianie tego typu uroczystosci praktycznie przez caly rok). I szczerze mowiac, bylem/jestem z tego faktu cholernie zadowolony. Oczywiscie, wystawcow w czasie tego typu imprez jest cala masa, i zanim podpisalismy umowe/kupilismy usluge musielismy sie niezle nabiegac, nasluchac ofert, przetrzymac bol glowy, ale koniec koncow, wykorzystujac umiejetnosc Duangusi do targowania sie, podpisalismy umowe na sesje fotograficzna + wynajem ciuchow za troche ponad 1000 zeta. :)
Ok, to jak to cos wyglada 'made in thailand'?
Otoz umowionego dnia pojechalismy z Duangusia do firmy, z ktora podpisalismy papiory - 'The wedding house'. Okazalo sie ze calosc miesci sie w calkiem ladnej willi na polnocy BKK. Gdy weszlismy, posadzili nas w duzym livingroomie, zaproponowali kawe/wode/herbate i kazali czekac bo w pokoju obok tv wlasnie krecila odcinek jakies sniadaniowki.
Po jakies pol godzinie zabrali nas do piwnic, gdzie miescila sie przymierzalnia ciuchow i charakteryzatornia (!). Mielismy zaplanowane trzy sesje:
1. W stylu 'international' czyli biala kiecka dla malzonki;
2. W stylu tradycyjnym czyli po tajsku; i
3. W stylu wieczorowym.
Oczywiscie trzy rozne rodzaje sesji zaplanowano po to by z nas wyciagnac dodatkowa kase, bo ponad to co zamowilismy, to kazde np.: dodatkowe zdjecie na plycie kosztowalo +60 zeta (!) - jebani zlodzieje. Ale co tam, wrocmy do watku.
Pierwsza zaplanowana byla sesja w stylu international. No to heja. Duangusia do charakteryzatorni, a ja czekam dalej, a jak ja juz umalowali to poszla sobie kiecke ogladac. W tym momencie zawolali mnie na make-up. Wchodze a tam dwa pedaly, chyba jeszcze przed operacja zmiany plci, czekaja na mnie z suszarka, szczotka do wlosow i pomadka do ust.
Zmrozilo mnie. Ale nic to, zacisnalem posladki, zeby przypadkiem nie wpadli na jakis glupi pomysl i usiadlem na krzeselku przed lustrem.
Nizszy ale grubszy pedal, zaczal mi ukladac wlosy (i tak po wyjsciu przeczesalem sie wlasnymi grabiami, zeby wygladac jak czlowiek a nie ciota) i, o zgrozo, na koniec nalozyl mi szminke.
W miedzy czasie weszla juz moja malzonka w bialej sukni slubnej a mi przyniesli ubranie i efekt koncowy mozecie zobaczyc ponizej:
Mysle, ze calkiem niezle, zwlaszcza biorac pod uwage, ze calosc musialem ja rezyserowac, bo fotograf to byl jakis zblazowany 50-latek pracujacy na zasadzie: 'wiecej sprzyntu niz talyntu'.
Po tym zabrali nas z powrotem do przymierzalni. Rozebrali i przyniesli ciuchy w stylu tradycyjnym (w tego typu fatalaszkach tez zaplanowalismy nasza impreze). I znowu bylo pol godziny przymierzania, skracania, dopasowywania, itd. Juz powoli mialem dosyc.
Ale koniec koncow, efekt jak ponizej i mysle, ze fajne wyglada. Nie wymagalo to przynajamniej od fotografa jakiejs nadmiernej kreatywnosci.
Po tym calym cyrku, ruszylismy do przygotowalni by zmienic ciuchy po raz ostatnio. Wskoczylismy w ciuchy wieczorowe (najbardziej mi sie to podobalo). Tym razem fotograf byl mlodszy, mial troche wiecej wyobrazni i potrzebowal mniej moich instrukcji n/t tego jaki efekt chce osiagnac.
No i jak wyszlo widzicie ponizej.
No, przyszla pora na lunch (bylo juz po 16) i wybor zdjec.... no i okazalo sie, ze gdy wrocilismy po lunchu, para ktora miala wybrac sobie piec fotek, co zazwyczaj zabiera okolo 40 min., postanowila to robic przez kolejne 3 godziny (nie dziwie sie, panna byla szkaradna, z zebami jak u konia i stritem w oczach).
Wqrwieni, postanowilismy z Duangusia nie czekac i wrocilismy do domu. Zdjecia wybralismy tydzien pozniej, a zamowione ciuchy, wydrukowana fote w ramie, CD i album, na trzy dni przed slubem.
No... a ciag dalszy w kolejnej czesci, czyli relacji z imprezy :) wkroooootce.
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
ab.jpg)
a.jpg)
a.jpg)
a.jpg)
a.jpg)
a.jpg)

super foteczki :) Powodzenia we wszystkim tam z drugiej strony swiata :)
ReplyDelete