Slubny cz.2

.
 Poprzednim razem bylo o sesji fotograficznej. To teraz przyszedl czas na sama impreze. W czesci pierwszej wspomnialem, ze tutejsze zwyczaje slubno-weselne znacznie roznia sie od naszych, co jest chyba normalne, a to co ponizej jest na to najlepszym przykladem.



A wiec tradycyjny slub tajski trwa mniej wiecej trzy dni (w polandii tylko dwa, ale jak sie postarac to mozna taka impreze przeciagnac). Jak juz pisalem, jako zdeklarowany ateista, klade przyslowiowa 'lache' na wszystkie te religijne zabobony i rytualy, tak ze w moim przypadku zawieranie zwiazku malzenskiego wygladalo inaczej niz u normalnych ludzi :P (chociaz z tego co wiem to 'rechotek' mnie przebil :D). Papiory z obecna polowica podpisalem 29 lutego (!) w tajskim urzedzie co rowniez wyglada zupelnie inaczej niz u nas.
W polandii slub cywilny to odrebna ceremonia. W tajlandii wystarczyl mi paszport i przyszla/obecna malzonka wladajaca miejscowym narzeczem, abym wiedzial co podpisuje. Calosc wygladala mniej wiecej jak wydanie zaswiadczenia o niekaralnosci ;P i powiedzmy po okolo 25 minutach bylo po sprawie. Zadnych swiadkow, nic.

Wesele wyprawilem 27 pazdziernika (data godna zapamietania) po ok dwoch miesiacach przygotowan i wydanej o polowe mniejszej kasie niz w polandii. W zwiazku z w/w impreza przezylem najpierw najazd rodziny wlasnej w postaci mamy i fruta oraz najazd rodziny cudzej w postaci matki obecnej juz malzonki, jej brata, szwagierki i stadka ich pociech.

Jako, ze slub robilismy w stylu tajskim, wiec impreza trwala mniej wiecej od 16.00 do 22.00 (ufff) i wygladala zupelnie inaczej niz polskie weselicha.
Po tym jak przebralismy sie w tajskie fatalaszki (Duangusia w troche inne niz te na oficjalnej fotce slubnej, bo impreza byly w stylu Ramy V), na miejscu pojawil sie fotograf, ktory zaczal focic bez zmilowania czego efektem sa ponizsze zdjecia.
Ja i Duangusia jako glowne 'dramatis personae' musielismy czekac w holu i witac gosci bez znaczenia, ze impreza juz sie zaczela a przybyli na weselicho poczeli juz szamiac. Tak to jest w Tajlandii, ze impreza nie dla 'nowozencow' a dla gosci. No wiec goscie witani byli przez cztery urodziwe niewiasty, proszeni o pozostawienie wpisow w ksiedze pamiatkowej, kopert w skarbonce :D, obdarowywani malym podarkiem, nastepnie witani przez nas, robili sobie z nami pamiatkowa fote pod sciana z kwiatkow zywych (!) i udawali sie imprezowac.

Ja z Duangusia, witalismy przybylych tak mniej wiecej do 20.00 (bo tu goscie nie schodza sie na umowiona godzine, a raczej pojawiaja sie miedzy wyznaczonymi godzinami).
Nastepnie troche juz zmeczeni, wyglodniali i spocenii jak swinie :D udalismy sie na cala imreze. Tam musielismy wystapic na scenie, wysluchac przemowienia naszego dobrego znajomego oraz zaczac tradycyjne tance tajskie. A zreszta co bede duzo pisal, zobaczcie sami.

Tak, to TO miejsce :)
Wspomniane wczesniej kwiotki :) wsie zywe
Druchny w wydaniu tajskim
Fufek wpisuje sie do ksiegi pamiatkowej
Kazdy, kto przychodzil dostawal od nas taki prezent

No i zaczynamy witanie gosci,...
...rodzinnie,...
... i troche bardziej rodzinnie.




A w miedzy czasie znalezlismy troche czasu (maslo maslane) na wyglupy...

...co by udowodnic, ze normalni nie jestesmy.



Impreza sie rozkreca
'Wience, ktore maja nam zalozyc na szyje, potem powinny sie znalezc na lozu slubnym (kazdy wie chyba po co)



Pan Mike przemawia

Przymierzamy sie do krojenia tortu, wczesniej w imie jakiejs tradycji zapalalismy te swieczki (nie wiem po co)

I zaczynamy tance, ja sie kielcze, bo w moim wyonaniu to wygladalo na prawde komicznie
 No, i to by bylo na tyle. Zdjec mamy przeszlo 500 (+video), tak ze widzicie, ze to tylko maly wycinek z tego co tam sie dzialo.



1 comment:

  1. super foteczki...tylko jacys bladzi jestescie z Frutkiem ;)

    ReplyDelete