Dluzszy weekend... cz.2

.
W poprzednim poscie pisalem o moim pierwszym, dluzszym weekendzie. Tydzien pozniej wydarzyl sie kolejny (z okazji urodzin krolowej), wiec w zwiazku z tym postanowilismy sie udac z polowica na tzw. agro turystyke w wydaniu tajskim. :) Na samym juz wstepie chcialbym napisac, ze bylo mega fajnie i fakt, ze tajska agro turystyka znaczaco rozni sie od tej polskiej, wcale nie znaczy, ze jest gorsza.

Postanowilismy, ze udamy sie na tzw. 'home stay' w poblizu BKK na farmy gdzie hoduje sie ostrygi, krewetki i takie tam 'see food'. O godz. 8 rano wzielismy zete by zatrzymac sie na obrzezach BKK, w miejscu, w ktorym moja polowica umowila sie na spotkanie z wlascicielem przybytku, do ktorego mielismy sie udac. Zmuszeni bylismy na niego zaczekac w miejscu, gdzie bialych nie widuja chyba zbyt czesto, co spowodowalo, ze stalem sie mala, miescowa atrakcja turystyczna.








Musielismy poczekac z jakies 15 minut by po tym czasie, oczom naszym, ukazal sie mily starszy pan, machajacy do nas z daleka. Przywitalismy sie i udalismy sie na jego lodz by reszte podrozy odbyc droga wodna. Nie wspomnialem o tym na poczatku, ale farmy tych wszystkich ostryg mieszcza sie na terenach w poblizu morza (ktore nota bene coraz bardziej wdziera sie w lad, ale o tym pozniej) i do ktorych mozna dostac sie wylacznie szerokim kanalami, przypominajacymi zarosniete, egzotyczne rzeki. Na ponizszych fotkach nasz podroz lodka :)

Lodka jaka jest, kazdy widzi :)


Duangusiek wkracza na balie, po prawej nasz gospodarz

Duangusiek po zajeciu swojego miejsca...

...oraz ja, po zajeciu swojego :)
Po jakis kolejnych 20 minutach przybylismy na miejsce, by znalezc sie w troche biednym, ale pieknym i relaksujacym miejscu.

'Agro-tourism' nie po polsu, ale brzmi swojsko :)



Wiem, ze niewiele widac, ale wierzcie mi na slowo - jest pieknie
Duangusiek nalegal zebym zrobil ta fotke, nie wiem po co, ale za kare, uwiecznilem ja na odbiciu w lustrze :)

To nasz pokoj w tradycyjnym, tajskim stylu. Jak home stay to home stay :)
Duangus na hustawce :D

Tu musze powiedziec o malej ciekawostce. Otoz wieksza czesc dachu pokryta byla eternitem (!), co mnie troche zaskoczylo. Druga rzecza jak mozna zauwazyc na powyzszej fotce pokoju to to, ze w oknach nie ma szyb, a dwoje 'drzwi' przy podlodze w glebi pokoju, to tez okna :) Chatka stoi na palach. Zima (tajska) przez dwie godziny dziennie woda morska zalewa tu wszystko ( a jestesmy oddaleni od morza o jakies 1,5 km.
Po podrozy i rozpakowaniu sie czekal na nas lunch (generalnie gospodarze dwoili i troili sie, zeby nam dogodzic, a poza tym byli mega zaskoczeni, gdy mnie zobaczyli - Duangusia nie wspomniala im, ze ma meza faranga :D)



Po lunchu, gospodarz zabral nas 'na pole' by pokazac jak hoduje sie ostrygi :) A wiec wyglada to nastepujaco. Wpierw farmer musi posiadac duzo ziemi blisko morza, nastepnie musi to zaorac, usypac groble/miedze odzielajace od sasiada, zalac wszystko woda morska z okolicznych kanalow, nawiezc malych ostryg i zostawic wsio w spokoju na 8 miesiecy, zeby podroslo. Nastepnie pozostaje tylko czekac na ostrygobranie i zyski. Kg kosztuje w sprzedazy min 4,7PLN a zazwyczaj zbiera sie srednio 100kg dziennie. Na fotkach ponizej to jak to sie odbywa.

Robotnik najemny brodzi w polu i za pomoca metalowego 'sitka' zbiera ostrygi (cholernie ciezka praca)

Nastepnie ostrygi sa plukane i przerzucane do plastikowego koszyka....

 

..., z ktorego laduja w wielkim worze i trafiaja do sprzedazy.

Oczywiscie, dookola tych pol rozwija sie wspania flora i fauna, ktora w polandii ogladac mozna wylacznie w dokumentach BBC. Na ponizszej fotce ryba, ktora uzywa pletw nie tylko do plywania, ale tez do poruszania sie po blotnistym ladzie. Nie wiem jak jest polska nazwa, ale w tajlandii nazywaja ja 'prateen'.




Ponizej aloe vera, u nas nazywana aloesem, ktore swietnie dziala na poparzenia sloneczne (sam sprawdzilem to na wlasnej skorze :))


Ponizej typowe pole. Wiem, wyglada jak rzeka albo kanal, tez tak na poczatku myslalem.


A ponizej kolejny przyklad miejcowej fauny: tajski orzel (tak przynajmniej mowili mi gospodarz i Duangusia :)) - w kazdym razie bydle wielkie bylo.

A na ponizszej fotce wracamy nad kanaly, ktore tutaj sluza za drogi. Czesto malownicze, wraz z plywami morza, zmienia sie rowniez poziom wody w nich.


My w czasie, gdy woda stala wysoko, wybralismy sie na kajak :D i po raz kolejny udowadniamy, ze do normalnych nie nalezymy (wpierw musielismy ten kajak umyc, nad brzegiem pola, bo poprzednie buraki zostawily go calkowicie ublocony).

Bylo bardzo fajnie, zmeczylismy sie troche, a mnie sloneczko troche spalilo :)
No, a popoludniu wybralismy sie na rowerowa wycieczke (wpierw nasz gospodarz musial nas dowiezc swoja lodka na szersza groble, ktora mozna poruszac sie pojazdami).
Wypozyczylismy rowery (znowu bylem atrakcja turystyczna, bo bialych to tu sie raczej nie oglada) i udalismy sie do miejsca, w ktorym morze wdziera sie w lad (coraz bardziej i bardziej). Droga wiodla najpierw betonowym 'traktem', potem drewnianym pomostem nad brzegiem pol, by w koncu przejsc w pomost biegnacy dwa metry nad mokradlami. Bylo cholernie goraco, pelno owadow, wspaniala przyroda i niewygodne siodelko rowerowe :)



Tu na zdjeciu domy, z jednej strony graniczace z bagniskami z drugiej z polami. Chatki czesto wykonane sa z lisci bananowca i bambusowych pali.
Ja na pomoscie nad bagniskiem, delikatnie mowiac, posrany ze strachu przed tym zeby tam nie spasc.
A to sam pomost :P


A tutaj juz szczesliwie dotarlismy nad morze, co zreszta widac na powyzszej i ponizszej fotce.

No, a po powrocie, byla olbrzymia kolacja (prawie umarlem z przezarcia, bo przejedzeniem tego nie mozna nazwac) i moja pierwsza noc w zyciu spedzona pod moskitiera :D

Nastepnego dnia bylo wspaniale sniadanie, znowu olbrzymi lunch, gra w boule (czy jak to sie tam pisze) z Duangusia i na koniec pamiatkowa fotka z gospodarzami.

Generalnie bylo meeeeega zajebiscie :)


0 komentarze:

Post a Comment